Figa z Makiem- Pierwsze Majowe Śniadanie na Trawie. Przeździedza gościnnym rajem

Na taki poranek, dzień, leniwe popołudnie czekałam podświadomie od zawsze. Jestem osobnikiem stadnym. Nie lubię jeść w samotności, a kiedy to się dzieje jest mi zwyczajnie smutno. Bardzo cenię towarzystwo przy kawie, jajecznicy czy odgrzewanym kilkakrotnie bigosie.To tak jak oglądanie filmów, podróżowanie- chcę dzielić ten moment, ten czas z bliskimi, znajomymi, czasem nieznajomymi. Takie stadne zespolenie w chwili, która jest ważna. A jedzenie jest absolutnie jedną z ważniejszych form komunikacji między nami. Za każdym razem zazdroszczę  ludziom, kiedy beztrosko acz radośnie siadają na trawnikach w parkach dużych miast i piknikują, grillują, czytają książki podjadając truskawki- nigdzie się nie spiesząc. Na takich miejskich piknikach byłam już w Essen, Rzymie, Wenecji, Wrocławiu, Krakowie…Niektóre bardzo gwarne, tłumne, inne spontaniczne, gdzieś w zaciszy wielkiego dębu. Czy to nie wspaniałe i proste- wziąć koszyk z bagietką, serem, pomidorami, sokiem w butelce i kawałkami arbuza i rozłożyć się z bliskimi na kocyku w kratę? W mojej okolicy to raczej niespotykane. W małym gronie może tak- z rodziną, kumplami- na działce, w ogródku za domem, nad Bobrem. Ale chyba nigdy (przynajmniej ja nie pamiętam takiego wydarzenia) na sobotnim śniadaniu nie spotkało się siedemdziesiąt osób! Wielu z nich nigdy się wcześniej nie widziało. Dorośli, starsi, zapracowane mamy, ojcowie, przedszkolaki i maluchy. Najmłodsza Lenka miała 6 tygodni. O zorganizowaniu Śniadania na Trawie zaczęłam realnie marzyć, kiedy systematycznie zaczęliśmy się spotykać w grupie Gotowanie TO TU Wleń. Rozmowy przy gotowaniu. Gotowanie przy rozmowach. Dopięłam swego i marzeniem o tym kulinarnym spotkaniu na łonie natury zaraziłam innych. Zaczęliśmy szukać atrakcyjnego miejsca, ustalać datę wydarzenia. Pierwsza zaprosiła nas do Polnej Zdrój Magda. To było bardzo kuszące, bo Polną Zdrój i Gospodarzy bardzo cenię i chciałaby, aby inni mieszkańcy naszej okolicy wiedzieli jakie mamy niezwykłe siedlisko. W międzyczasie nieoczekiwanie propozycję otrzymałam od pana Zbyszka Berdzika. Nie znałam go do momentu, aż został wiceprzewodniczącym rady miasta i gminy Wleń. Wiem, że do Magdy wybierzemy się prędzej czy później, to już postanowione. Bałam się chyba utracić tak spontaniczne zaproszenie ze strony Przeździedzy, więc z przyjemnością zaproszenie przyjęliśmy. W planie szacowaliśmy, że będzie nas około trzydziestki. Takie spontaniczne śniadanie- prosta formuła- każdy przybywa ze swoim koszykiem i kocem. Najważniejsza była idea- byśmy wyszli nieco z własnych domów, mieszkań. Pozbyli się na moment kłopotów, oddalili natręctwo narzekania i krytykowania. Może trochę taki powrót od dzieciństwa? Takie były plany. A jak było na prawdę? Chyba wypunktuję, bo wiecie, że jak zacznę się rozpisywać, to końca nie będzie🙂 1. Pogoda była fotograficzna- słońce,słońce, słońce (choć w tygodniu czuliśmy wiatr, chłód i krople deszczu na swetrach) 2. Sceneria- filmowa. Kiedy zerkam na materiał filmowy- wygląda to jak zaaranżowany plan filmowy. Piękne okoliczności przyrody, zadbane domostwa i niezmiennie uśmiechnięci ludzie- przyznacie, to nie może być U NAS 3. Zamiast trzydziestu osób było nas siedemdziesięciu! 4. Zadaliśmy sobie trud, by wyjechać z miasteczka- bez oporów, problemów. W kolumnie do Przeździedzy jechaliśmy w osiem aut. 5. Komunikacja w grupie – doskonała! Żadnych niedomówień, kłopotów, presji, żalów ” znowu ja muszę to robić sama” itp. 6. Gospodarze- niezwykli. Zbyszek Berdzik wraz z sołtysem i sołtysową Grześkiem i Kasią oraz z całą radą sołecką, i mieszkańcami Przeździedzy mogą służyć za wzór gościnności, serdeczności. Czuliśmy się tam wyjątkowo dobrze i każdy zwlekał z wyjazdem, z powrotem do domu. 7. To co Gospodarze Śniadania na Trawie w Przeżdziedzy przygotowali dla wszystkich zaskoczyło nas od samego początku. Kiedy wjeżdżaliśmy na posesję już wszyscy na nas czekali. Na łące między domem a stawem czekały na biesiadników gustowne niziutkie stoliki z palet obite kolorowymi foliami. Każdy nakryty pięknym, haftowanym obrusem, które na śniadanie pożyczyli mieszkańcy ze swoich rodzinnych stołów. Na podestach dzbany z bukietami bzów. Czuliśmy się poruszeni. Do tego długi, wiejski stół z domowym jadłem. Specjalnie dla nas. Domowe chleby na zakwasie, ciasta, smalce, masło, sery, pasty, ogóreczki małosolne, pikle z cukini, marynowane papryczki, patery mięsiwa, domowy kompot z owocami. Niebo w gębie. Jadłam oczami wszystko na raz i przypominały mi się wiejskie wakacje u babci. 8. Zbyszek Berdzik. Od pierwszej do ostatniej chwili niezwykły. Gospodarz w każdym calu. Posesja robi wrażenie, ale osobowość Zbyszka chyba jeszcze większa. Zadbał absolutnie o każdy szczegół i każdego gościa. W czerwonych spodniach, koszuli w kratę i zielonym wianku z bukszpanu, który przygotowały mu dziewczyny z Pilchowic rozmawiał z każdym, tańczył, śpiewał, dosiadał do każdego stolika, by być ze wszystkimi. Zabawiał nas anegdotami, chwalił swoich sąsiadów i mieszkańców z Przeździedzy. Dolewał spragnionym świeże mleko z pięknego kamionkowego dzbana. 9. Przepięknie prezentowały się dziewczyny z Pilchowic- w sukniach, wiankach z bukszpanu, konwalii, rumianków i naci pietruszki. Zgrane, towarzyskie z pysznościami na trawie- owsianka, tarta z rabarbarem, jajeczka, wiosenne kanapeczki, sałaty, bekon z suszoną śliwką, kawa serwowana w porcelanie. Piękne to było i pachnące, apetyczne. Dziewczyny jak z baśni o pięknych wróżkach łąkowych 10. Każdy stół był wyjątkowy. Skubaliśmy truskawki, bagietki maczane w pastach, zajadaliśmy pajdy domowego chleba z masłem. które ściekało po palcach- rozgrzewane przez słońce. 11. Dzieciaków było koło dwudziestki. W bardzo różnym wieku. Ale zabawa była wspólna. Bawiliśmy się chustą klanzy, graliśmy w piłkę, chodziliśmy na szczudłach. Rozegraliśmy kilka partyjek rzucając ciężkimi bulami. Dzieci obsypywały nas confetti, a jedna z mam wspaniale i bez zniecierpliwienia malowała twarze dzieciaków, zmieniając je w elfy, motyle, królewny, smoki. Podglądaliśmy przez lupę biedronki, kielichy kwiatów, krople rosy na liściach. 12. Nieoczekiwanie zagrał dla nas muzyk, jak wieść niesie przyjechał do nas prosto z Berlina. Zabrzmiały klasyczne kawałki. Nuciliśmy razem polskie szlagiery, ale pan Henryk z Wlenia dodatkowo oczarował nas kawałkami wygrywanymi na akordeonie, niczym z paryskich uliczek i skwerów. 13. Zbyszek wyszedł również z inicjatywą, by każdy stolik zasadził na skarpie sadzonkę dyni. Zrobił do tego sadzenia kartkę z legendą, by jesienią każdy mógł odnaleźć swoją dynię. Tym samym już umówiliśmy się na dyniową kolację. 15. Zorganizowaliśmy loterię fantową.Los na loterii kosztował jeden uśmiech. Postaraliśmy się, by każdy los był wygrany i choć nagrody były drobne, to cudownie było patrzyć, jak nawet dorośli wsłuchiwali się w wyczytywane numery. 16. Z tego pierwszego Śniadania na Trawie mamy mnóstwo zdjęć, dzięki obecności kilku wspaniałych fotoreporterów. Nakręciliśmy również materiał filmowy- by wspominać te chwile jak z obrazka w jesienne, ponure wieczory. 17. Po wspólnym kulinarnym wydarzeniu mieszkańcy zaprosili nas na spacer po Przeździedzy. Z jaką dumą opowiadali o swojej wiosce. Każdy zna tu każdego z imienia. Trochę była to wędrówka jak po Bullerbun. 18. Na organizację Pierwszego Śniadania na Trawie nie wydaliśmy ani złotówki. To od każdego indywidualnie zależało, co ze sobą weźmie do piknikowego koszyka. Nikt nikomu nie narzucał menu, klimatu stolika, znajomych, z którymi zasiądzie na trawie, Nikt nikomu nic nie kazał, każdy przybył dobrowolnie, pięknie się przygotował, bawił, rozmawiał, uśmiechał się. 19. Po wydarzeniu nie pozostał ani jeden papierek, butelka, śmieć. Każdy posprzątał po sobie i nie trzeba było nikogo o to prosić. 20. I na zakończenie- w ten oto sposób obaliliśmy mit. Odczarowaliśmy rzeczywistość. Jest cudnie. Wspaniale. Życzliwie. Po prostu normalnie. Dziękuję wszystkim. Bardzo się wzruszyłam.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Figa z Makiem- Restaurant Day w Polnej Zdrój

Zaczynam mieć problem. Nie sądziłam, że do tego dojdzie. Na kulinarne spotkania w Polnej Zdrój zaczynam wyczekiwać jak na wigilijne potrawy. Siła rażenia i tęsknoty zaczyna być porównywalna. Te popołudnie w domostwie Magdy i Mateusza to jedno z najprzyjemniejszych, jakie przeżyłam we Wleniu.

Absolutnie wszystko przemyślane w najdrobniejszych szczegółach, detalach. Spójny koncept stylistyczny i kulinarny.

Kiedy mam przyjemność gościć w Polnej Zdrój rytuał jest podobny- już na tarasie kuchennym wdycham aromaty, a wzrokiem wyszykuję Gospodarzy. Mateusz najczęściej wita gości, a Magda skupiona jeszcze pracuje w kuchni.

Pod dachem niczym żeglarski maszt długi, prosty stół. Oprawa stołu zachwycająca prostotą i smakiem. To zasługa współpracy z Kwiaty i miut. Szukamy z Justyną naszych miejsc zaznaczonych wizytówkami. Dyskretnie spoglądamy na prawo i lewo, z kim będziemy biesiadować. Wszyscy uśmiechnięci, radośni i wyczuwalnie podekscytowani. I dobrze. To pewien rodzaj odświętności. Celebracji życia w najprostszych, ale szlachetnych odsłonach.

Gwiazdą wieczoru była Panna Pokrzywa. Zaskakująca w focaccii, którą kęs za kęsem maczamy w sosie z toskańskiej oliwy.

Nauczona doświadczeniem już wiem, że mimo tak wspaniałych doznań pod podniebieniem nie ma co zajadać całych, wielkich porcji z dokładkami, bo nie starczy miejsca na kolejne. Trzeba podejść do tematu strategicznie- jeść powoli, zamykać oczy, doszukiwać się połączeń, smaków, zaskoczeń. Cieszyć się jak dziecko oblizujące czekoladowe lody.

Spytacie zatem co takiego w Polnej Zdrój podali?

Cytuję menu:

Bruschetty z kolorowymi pomidorkami oraz słoną pokrzywą
– Pokrzywa Focaccia
– Sałatka z marynowanych węgierek z czerwoną cebulą, serem feta i pokrzywą z dodatkiem mięty
– Sałata z białym, pokrzywowym sosem

oraz
– Pokusa Janssona z młodymi pędami pokrzywy
– Karkówka z liśćmi pokrzywy z dipem kolendrowym
– Bakłażany z kminem, jajkiem i młodą pokrzywą
– Lemoniada ze „słonymi” cytrynami
– Pokrzywowe ciasteczka z mocną kawą o aromacie cynamonu.

Wzięłam z tego spotkania absolutnie wszystko. Egoistycznie, świadomie. Doskonale dobraną porcelanę ” nie do pary”, wiklinowe fotele na nowym tarasie, zaskakujące rozmowy z towarzyszami stołu, energię i pracowitość Magdy, uśmiech Mateusza, zabawne muszki dżentelmenów w kraciastych koszulach, dzielenie się z biesiadnikami liśćmi lipy w kruchej, cudownej tempurze,rozmowy o chmurkach z panią Elą i filozoficzne dysputy z niespełna trzyletnim Bronisiem na temat: czy gorsza psia skóra czy zła godzina?

Muskałam krzesła- lawendowe, białe, drewniane, metalowe. Piłam lemoniadę z kiszonych cytryn. Skubałam kruche pokrzywowe ciasteczka.

Przez moment, ułamek sekundy myślałam sobie nawet, że to nierealne, że to kulinarny sen, rodzaj raju, do którego chciałabym trafić.

A teraz wiem, po co to wszystko piszę. Chcę zatrzymać w sobie tą chwilę na długo. I już wyczekuję kolejnego Restaurant Day.

Dziękuję wspaniałym Gospodarzom- Magdzie i Mateuszowi , wszystkim, którzy stworzyli to uczucie raju na ziemi. I moim towarzyszom stołu, rozmów i śmiechów dziękuję bardzo. 20150516_135635 20150516_135652 20150516_135709 20150516_135723 20150516_135748 20150516_135753 20150516_135801 20150516_135807 20150516_135826 20150516_135858 20150516_140041 20150516_140053 20150516_140812 20150516_140840 20150516_140851 20150516_140904 20150516_140912 20150516_140918 20150516_141307 20150516_141321 20150516_141631 20150516_141636 20150516_142001 20150516_144629 20150516_144634 20150516_145114 20150516_145333 20150516_145345 20150516_152101 20150516_152150 20150516_152204 20150516_163201 20150516_163512

Figa z Makiem- Izerski Obiad Domowy w Polnej Zdrój

W sobotę wybieram się pierwszy raz w życiu na Restaurant Day. Bardzo podoba mi się ta ogólnopolska idea, kiedy dwa razy do roku powstają jednodniowe restauracje. Pewnie myślicie, że wybieram się gdzieś do dużego miasta: Wrocławia, Warszawy czy Krakowa. Otóż nie. Coraz częściej przekonuję się o tym, że jak się o czym bardzo, bardzo marzy i myśli pozytywnie, to jakoś tak się dzieje, że nieoczekiwanie rzeczy zdałoby się  odległe, niemożliwe, niedostępne stają się na wyciągnięcie ręki.

Do brzegu Anka. A raczej do pięknego, długiego restauracyjnego stołu. Otóż w sobotę ponownie pojawię się w Polnej Zdrój, we Wleniu. Tak, tak- we Wleniu.  Ale od razu powiem, że za otwarciem furtki do posiadłości Magdy i Mateusza Trojanowskich czeka prawdziwy tajemniczy ogród i domostwo.

Byłam u nich z wizytą na jesiennym Obiedzie Izerskim. To było dla mnie bardzo smakowite doświadczenie.Wiem, że od jesieni wiele się w Polnej Zdrój zmieniło. Jestem ciekawa efektu i pewna, że jest absolutnie cudownie. Menu Restaurant Day w Polnej Zdrój wprawia ślinianki w ruch, oczy błyszczą, kąciki ust się podnoszą. Tak, Magda, Mateusz, pani Ela są gwarantem fantastycznych kulinarnych odkryć i pyszności. Do tego doskonała atmosfera- zasługa Gospodarzy i kamratów przy stole.

Zresztą… W III numerze KOTŁA opisałam to wydarzenie kulinarne dość obszernie.

Cytuję je poniżej i dla siebie i dla Was.

” Polna Zdrój to ponad 200-letnie odrestaurowane siedlisko w XIII-wiecznym miasteczku Wleń na Dolnym Śląsku. Występuje tutaj uzdrowiskowy mikroklimat – Wleń mieści się na terenie Parku Krajobrazowego Doliny Bobru i Rezerwatu Ptactwa. Siedlisko ma status gospodarstwa ekologicznego.

Domowy obiad kojarzy mi się niezmiennie z kuchnią mamy i babci. Rosół, makaron, pieczony kurczak, ziemniaki, surówka z sezonowych warzyw bądź przetworów, kompot, drożdżówka ze śliwkami. Pyszne.

A gdyby tak nieco zmienić perspektywę? Miejsce, czas, ludzi, smaki. Czy jest możliwe zjeść swojski obiad w zupełnie nowym, nieznanym miejscu, przy jednym stole z obcymi ludźmi? I czy oryginalne ciabatty z kaczką pieczoną z nutką pomarańczy podaną z dipem z ogórków i kolendry potrafią zastąpić schabowego z kapustą? Sprawdziłam. I odpowiadam: tak, pod warunkiem, że na obiad zapraszają Magda i Mateusz Trojanowscy.

Pomysł jest prosty – gospodarze pocztą pantoflową zapraszają na kulinarne spotkanie. Tworzą „wydarzenie” w grupie zapaleńców na Facebooku, podając szczegóły: miejsce, czas, przybliżone menu. Lista chętnych szybko się zapełnia, bo liczba miejsc jest ograniczona.

Tym razem izerski obiad serwuje siedlisko Polna Zdrój, innym razem organizatorami uczty będą kolejni fascynaci niespiesznego delektowania się pysznymi, choć nieoczywistymi smakami. Zaproszenie na obiad przyjęłam z wielką radością i ciekawością.

Gospodarzy poznałam, przygotowując materiał o tym niezwykłym miejscu do lokalnej gazety. Zainteresowanych odsyłam do 8. numeru „Kuriera Wleńskiego”. Zresztą o fenomenie niezwykłej sielskości Polnej Zdrój rozpisują się regularnie magazyny lifestylowe, a w gospodarstwie co rusz powstają kolejne programy dla telewizji.

Dla niewtajemniczonych droga do Polnej Zdrój wygląda niepozornie. Kamienna ścieżka, na której trudno wyminąć się dwóm autom, wspina się coraz wyżej. Po jednej stronie widać ruiny wielkiego gospodarstwa, po drugiej – schody prowadzące do siedliska. Od samego wejścia czuć nieskrępowaną atmosferę domu i gościnność jego gospodarzy. Wchodzę na taras, gdzie Mateusz zapamiętale przygotowuje tempurę z mąki jaglanej z sezonowych warzyw. Rodzinny gwar zwabia mnie do kuchni pełnej przypraw i intrygujących bibelotów. Całe siedlisko dzięki zamysłowi właścicieli robi wielkie wrażenie, ale nie onieśmiela, wręcz przeciwnie – zachęca do zaglądania w zakamarki, dotykania starych belek, spacerów w przydomowym warzywniku.

Zanim wszyscy siądziemy przy stole, zastanawiam się, jak to będzie. Kto zajmie miejsce obok mnie i czy nie będzie nietaktem odmówić, jeśli coś mi nie będzie smakowało. Wymieniam kilka słów z Magdą, bawię się z małym Bronkiem i starszym Frankiem – dziećmi gospodarzy. Tymczasem goście schodzą się na umówioną porę obiadu.

Podoba mi się wspólne nakrywanie do stołu. Od razu pękają lody i nie czuć podziału na gości i gospodarzy. Okazuje się, że biesiadników jest nieco więcej niż Magda przewidziała, lecz niczemu to nie przeszkadza. Wystarczy tylko dostawić krzesła do niedzielnego stołu. Dokładnie tak, jak zdarza się na rodzinnych imprezach. Stół jest sercem oszklonego salonu. Potężny, stary, drewniany blat wykonany jest z desek ze dawnego podjazdu w stodole. Bezpiecznie osadzono go na solidnych kolumnach z piaskowca.

Przy izerskim obiedzie w Polnej Zdrój spotykają się ludzie z Dolnego Śląska. W większości nie znają się wzajemnie, choć gospodarze kojarzą prawie wszystkich. Są tu reprezentanci środowiska medycznego, restaurator, serowarka Maria – uciekinierka w Beskidy, miłośnicy uroków naszego województwa, ludzie sztuki: tłumacz, ale chyba właściwie „człowiek renesansu”, znana polska malarka, projektant zarządzający pensjonatami na Dolnym Śląskim i ja.

Pewien rodzaj napięcia towarzyszącego pierwszemu kontaktowi ustępuje błyskawicznie, kiedy na stole pojawiają się kolejne dania. Serdeczny gwar nie milknie aż do końca spotkania.

Na początek interesujący wężymord w tempurze krąży wokół stołu niczym fajka pokoju. Pyszności zaserwowane przez Magdę i Mateusza komponują się nie tylko w smakowitą, ale też wizualną całość – z szacunkiem do tożsamości miejsca, świadomością produktów lokalnych, inspiracją światowymi doświadczeniami. Tu doskonale sprawdza się zasada, że „jemy oczami”. Gdybym nie była tak ciekawa smaków tych potraw, być może przemówiłabym do współbiesiadników, by choć przez chwilę nie ruszać niczego, nie psuć tej niezwykłej, prostej, kolorowej kompozycji niczym ze sztychów staroflamandzkich mistrzów. Tymczasem łapię za domowego burgera z pieczoną kaczką i na dłuższy czas trudno mnie będzie oderwać od stołu. Niby gawędzę z innymi gośćmi, ale nie potrafię, przynajmniej na początku, skoncentrować się na sensownej rozmowie, bo moje kubki smakowe absolutnie eksplodowały, a ja musiałam powstrzymywać się przed mlaskaniem, siorbaniem, wzdychaniem i oblizywaniem palców. Kiedy inni czekają już na deser, ja z zamkniętymi oczami nadal smakuję przystawki, zupę, dania główne. Chwilo trwaj!

Po tym obiedzie długo nie mogłam dojść do siebie. Chciałam koniecznie skosztować wszystkiego, pragnęłam zapamiętać nowe, intrygujące smaki. Powiem prawdę – chciałam zostać w Polnej na zawsze.

Już nie mogę się doczekać następnego izerskiego obiadu, w kolejnych niezwykłych izerskich domach, gospodach, gospodarstwach. Czuję się w nich jak u siebie.

Autorskie menu obiadu izerskiego w Polnej Zdrój, w którym uczestniczyłam ubiegłej jesieni:

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Tempura z mąki jaglanej z sezonowych warzyw

Zapiekana dynia z pomidorkami z domowej szklarni i fetą

Zapiekane marchewki z syropem mniszkowym

Domowe ciabatty z kaczką pieczoną z nutką pomarańczy z dipem z ogórków i kolendry

Kotlety z kaszy i mięsa (zagrodowa świnia z Wojciechowa)

Smażone zielone pomidory

Dżem z domowych mirabelek

Tarty tatin z rabarbarem i klasycznie z jabłkami

Mille feuille z malinami

Kim-chi z imbirem

Sałatka z avocado, mango i z kolendrą

Pizze na jogurcie z różnymi dodatkami: z karmelizowaną cebulą i regionalnym serem z Antoniowa, z domowym sosem pomidorowym, rozmarynem, winogronami.

Domowe dipy do pizzy i tempury: miętowy z dzikiej mięty z odrobiną czosnku niedźwiedziego z domowej skarpy, musztardowy i ostry na bazie peppadew .”

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

 

 

 

Figa z Makiem- Wiosną na ugory, łąki. Sałatka z chwastów jadalnych, groszku i koziego sera

Wyczekiwałam tej chwili, wyczekiwałam. Marcowe drżenie młodych łodyżek i listków delikatnych jak jedwab. A dziś? Nie mogę się skupić w pracy, bo przed oczami mam kolory majowych łąk, drzew z pióropuszami seledynowymi i jabłoni kwitnących. Mam to szczęście, że nieskażona łąka, ugór na wyciągnięcie ręki.

Wczoraj na przykład wyszłam w piżamie zerwać bukiet jadalnych chwastów. Trwało to zaledwie parę minut. Lekko je poddusiłam na oliwie i zalałam masą jajeczną. Pyszna była ta fritata. Starałam się separować smaki, by wyczuć uważnie jak smakuje lebioda, mniszek,młoda pokrzywa, podagrycznik. Ale poddałam się. Zabrakło mi cierpliwości. Fritatę zjadłam dosłownie w kilku kęsach. Zielone listki, łodyżki dostarczyły niecodziennego aromatu, smaku.

Niestety  chwasty jadalne są wciąż dla nas awangardą, może rodzajem hipsterstwa, pozytywnym snobizmem.

A przecież to źródło kulinarnych doznań i wartościowych składników tak blisko nas. Gdzieś utknęły w szufladzie ” jedzenia dla biedaków, zwierząt”. Wypytujmy babcie, mamy, starszych sąsiadów- to dopiero skarbnica wiedzy! I bierzmy garściami, ile się da- pamiętający- by zawsze je zidentyfikować, sprawdzić właściwości. Róbmy sałatki, odwary, kiszonki, zupy.

A czy wiecie, że odwarami można chwaścić piwo? To dopiero doznania. Miałam szansę z moimi bliskimi być na warsztatach chwaszczenia u Ani Rumińskiej- szalonej i mądrej Kobiety OD Chwastów. Rewelacja!

Dziś zapraszam na prostą sałatkę z chwastów jadalnych z świeżym groszkiem i kozim serem. Do tego słone paluchy.

Przepis również w nowym numerze KOTŁA.

Produkty

1 szklanka zielonego groszku

2 szklanki mieszanych chwastów jadalnych (na przykład krwawnik, lebioda, bluszczyk kurdybanek, mięta, młoda pokrzywa, czosnek niedźwiedzi, rukola, podagrycznik, stokrotki, gwiazdnica pospolita, mniszek lekarski lub inne dostępne)

1 szklanka pokruszonego sera koziego

3 łyżki dobrej oliwy z oliwek

1 łyżka soku z cytryny

szczypta soli i świeżo mielonego pieprzu

Przygotowanie

Chwasty płuczemy, delikatnie osuszamy na papierowym ręczniku. Większe liście możemy posiekać na mniejsze kawałki. Mieszamy i wykładamy na talerz. Na wierzchu układamy zielony groszek oraz pokruszony kozi ser. Polewamy sokiem z cytryny i oliwą z oliwek. Doprawiamy do smaku solą i pieprzem. Podajemy na przykład z paluchami francuskimi.

Informacja o potrawie:

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Sałatka z dodatkiem chwastów jadalnych jest najlepsza, kiedy listki, łodygi i kwiaty są świeże. Opcjonalnie możemy chwasty krótko poddusić na niewielkiej ilości oliwy.

FFiga z Makiem- Wielkanoc- blisko, cooraz bliżej…

Nasza Wielkanoc w tym roku daleka od tradycji. Mama poleciała już tydzień temu do Kasi. Michał niestety całe święta pracuje. Za to delektuję się czasem spędzonym z Karusią. Serce mi pika mocniej, kiedy tyle czasu możemy być razem. Odwiedzamy kuzynki, ciotki, babcię Stasię. Dokarmiamy mamy psy. No i Lenka jest z nami. Taka mała, radosna, rezolutna dziewczynka.

Na klasyczny, polski stół wielkanocny wybierzemy się dziś do kuzynek, u każdej próbując aromatycznego żurku na domowym zakwasie, pieczonych mięs i warzyw zawiniętych we francuskie ciasto.

Mój stół w tym roku zupełnie nietradycyjny. Ale prosty, smaczny, kolorowy.

Moje menu wielkanocne:

hummus z cieciorki i pasty tahini

świeże warzywa, suszone pomidory, kapary

ciasto filo wypełnione farszem z liści szpinaku, suszonych pomidorów, cebuli, koziego sera

pikantna salsa z pomidorów, szalotek i ajwaru

jaja na twardo w jogurtowo -majonezowym sosie

szaszłyki z kurczaka marynowanego w sosie sojowym, miodzie, czosnku

domowe suche kiełbasy, szynki

pieczone pomidorki

śledziki pod pierzynką z jabłek, cebulki i śmietany

bułeczki kukurydziane z czarnuszką

francuskie ciasteczka wypełnione angielskim kremem cytrynowym

tarta z domowym karmelem z kryształkami soli i karmelizowanymi orzechami laskowymi

wielkanocna pascha migdałowa z domową smażoną skórką pomarańczową i prażonymi migdałami

Dodam, że wiele z tych przepisów znalazłam w książce kupionej w Biedronce pt. “Lawendowy dom”. Nie byłam pewna, czy przepisy się sprawdzą, bo wiecie, jak to jest z tymi przepisami. Czasem wszystko pięknie wygląda na fotografii, a po wykonaniu- wychodzi jakiś gniot.

Z serca Wam tą książkę polecam. A jak nie macie do niej dostępu, to zajrzyjcie na bloga LAWENDOWY DOM.

Kończę, zaparzę kawę i zabieram się za kawał schłodzonej, kremowej paschy. Lubię serniki, szczególnie te bez spodu, dlatego pascha należy do moich ulubionych deserów.

Jedynie czego mi brakuje, to pysznego chrzanu ucieranego z masłem- takiego, który zawsze na Wielkanoc robiła moja babcia Stasia.

Muszę ją dziś podpytać o przepis, by nie zawieruszył się w rodzinnej pamięci.

Nie wiem jak Wy, ale ja miłość do bliskich wyrażam kąskami, które im z serca przygotowuję. Kiedy widzę, że im smakuje, że zamykają oczy i smakują, mruczą i wylizują łyżeczkę po karmelu- jestem zwyczajnie szczęśliwa.

I Was kochani zapraszam do mojego wielkanocnego stołu, życząc wszystkim WESOŁEGO ALLELUJA !SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC

Figa z Makiem- Pasta z pesto z rukoli, czosnku dziwnego z karmelizowanym rabarbarem

Poniedziałek to pośpiech. Wracam do domu i jestem głodna jak wilk. Nie mam ochoty stać przy kuchni i czekać na tradycyjny obiad. Co ja mówię- sama nie wiem, co znaczy dla mnie ” tradycyjny obiad”- pewnie ugotowane ziemniaki, kotlet schabowy i surówka. I jeszcze pomidorowa ugotowana na resztkach niedzielnego rosołu. Czasami, owszem- zjadam ze smakiem.

Coraz częściej jednak gotuję szybko, z wykorzystaniem warzyw, a mięso pozostaje sprawą drugorzędną.

Staram się mieć w lodówce słoik lub dwa z pesto czy warzywną pastą.

Nastawiam makaron. Gotuję al dente i mieszam jeszcze gorący z pesto. Dziś z pesto z rukoli, czosnku dziwnego, który dostałam od Chwastorzerców na ostatnich warsztatach.

Pesto jest głębokie w kolorze i intensywne, nawet pikantne w smaku. Zrównoważę karmelizowanymi cząstkami rabarbaru. Świetnie smakują słodko-kwaśne z wyrazistym pesto.

Jak ja lubię kombinować w kuchni, a jak jeszcze misja ” mieszania” kończy się kulinarnym sukcesem, czyli smakuje mi i bliskim- jestem zwyczajnie szczęśliwa.

Produkty

Pesto z rukoli i dziwnego czosnku

szklanka posiekanej rukoli

szklanka posiekanego czosnku dziwnego

pół szklanki prażonych ziaren słonecznika

pół szklanki oliwy z oliwek

sok z cytryny

sól, pieprz do smaku

Karmelizowany rabarbar

3 gałęzie rabarbaru

2 łyżki masła

3 łyżki cukru

2 łyżki wody

Przygotowanie

Produkty na pesto miksujemy i doprawiamy do smaku. Najlepsze jest schłodzone kilka godzin w lodówce- wtedy smaki mają szansę się pogłębić.

Gotujemy makaron al dente- czyli lekko twardawy.

Gałązki rabarbaru dzielimy na trzy części. Roztapiamy masło na patelni, dodajemy cukier, kiedy zacznie brązowieć dolewamy niewielką ilość wody. W karmelu dusimy cząstki rabarbaru, ale krótko, by nie rozpadły się i w środku były twarde.

Gorący makaron mieszamy z pesto. Na wierzch układamy skarmelizowane cząstki rabarbaru.

Pięknie i pysznie.

Ps. Dla Michała dodam jeszcze cząstki pieczonego kurczaka, bo ” mięso musi być”. Mi wystarczy wersja wege. Smaki eksplodują na języku.SONY DSC SONY DSC SONY DSC

Figa z Makiem- Pasta z zielonego groszku i koziego sera

Pierwszy dzień wiosny. Miało padać, wiać, a tu proszę- słońce tańczy na młodych liściach trawy. Odruchowo szukam czegoś zielonego do upieczonych rano czarnuszkowych francuskich paluchów.

Zielony groszek. Zmiksowałam z kozim, słonym serem, sokiem z cytryny. Polałam toskańską, złocistą oliwą, posiekałam suszone pomidory, płatki parmezanu. Doprawiłam do smaku zmieloną gałką muszkatołową, zielem angielskim, kryształkami soli, świeżo zmielonym pieprzem, rozgniecionym ząbkiem czosnku. I jeszcze stokrotki. Nie dziwcie się, to nie tylko ozdoba. Stokrotki można zwyczajnie zajadać🙂

Wreszcie wiosna🙂SONY DSC SONY DSC SONY DSC